wtorek, 14 czerwca 2011

Mama *9

Tydzień po porodzie: 19
Waga: 67,9 kg

Chrzciny.
Zaczęło się już w sobotę. Zjechała się rodzina Kuby ze Zgierza. Obiad, spacer, spowiedź (eh...) i imprezka w domu. W niedzielę Kościół. Miałam stresa ogromnego. Jakoś takie oficjalne imprezki mnie tak stresująco nastrajają. Kuba chyba też był nabuzowany, bo przed samym Kościołem pokłóciliśmy się o to jak Mati wygląda. Kuba uważa, że ubrałam go zbyt mało elegancko, a ja po prostu nie chciałam atłasowych garniturków.
Kolejna rzecz to te cholerne kupy! Mati od jakiegoś czasu dostaje jabłuszko. Wiadomo, że ono działa kupogennie. I tak na kilka dni przed niedzielą zaczęły się kupy giganty. Mati obsrywał się od kostek po pachy zafajdając przy tym wszystko co miał na sobie włącznie ze skarpetkami. Tak się bałam że w Kościele zrobi kleksika. Nawet nie chciałam myśleć co zrobię gdy ksiądz będzie go namaszczał jakimiś olejkami, a Mati w tym czasie zafajdoli swoje białe niewinne ubranko wielką, żółtą, śmierdząca kupą! Jak się spodziewałam, kupa poszła i to na początku mszy. Na szczęscie było to jakieś maleństwo i tylko zapach zdradzał co się kryje pod białym kubraczkiem.

Poza tym wszystko udało się wspaniale. Mateusz nie za wiele płakał w Kościele. W Haffnerze był już zupełnie rozbawiony. Haffner spisał się na medal - wspaniałe jedzenie, obsługa ok, naprawdę miła atmosfera. Po obiedzie jeszcze zaliczyliśmy spacerek po sopockich alejkach (na 10cm obcasach był to mega wyczyn) i do domu na dalszą imprezkę.


Goście wyjechali w poniedziałek. Było naprawdę fajnie, ale w sumie to cieszę się że mamy to już za sobą. 

To był całkiem męczący weekend w gruncie rzeczy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz