Podobno jest coś takiego jak śnieg. Podobno jak się urodziłem było go dużo. Nie wiem. Nie pamiętam. Czekam i czekam na ten śnieg. Coś mi tam mama pokazuje za oknem z rana, ale ja wtedy zaspany jestem, a jak jest czas spaceru to po tym całym śniegu nie ma śladu. Mama mówi, że to jakaś popierdułka, a nie śnieg. Styczeń minie i przyjdzie czas na wypatrywanie jaskółek, a moje sanki kurz zarośnie i będzie można je w kąt wrzucić.
No więc w końcu dziś wieczorem nas zasypało. Zamieć, wichura i zaczął padać ten cały śnieg. Fajny, nie powiem...
Planujemy na jutro wypad na sanki, ale mama znów kracze, że do jutra to tego śniegu będzie tyle co na Boże Narodzenie w Los Angeles. Mikołaja szlag trafi. Nadźwigał się tych sanek z dalekiej Laponii, a ja nawet z nich nie skorzystam...
Mati



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz